Przekleństwa dymorfizmu

Kiedy w recenzji (nie tylko krytycznoliterackiej, ale może przede wszystkim w recenzji naukowej) pojawia się fraza „autor przywiązany jest do wypracowanej formy”, oznacza to mniej więcej tyle, że po raz kolejny dostajemy to samo dzieło, które jedynie dla zmyłki opakowane zostało w nową okładkę. Z prozą Michela Houellebecqa jest całe szczęście nieco inaczej. Owszem, formuła, w której autor Możliwości wyspy ogłasza swoje kolejne apokaliptyczne proroctwa, nie zmienia się od lat niemal w ogóle (stąd np. do dziś jedną z najlepszych wersji Houellebecqowskich jeremiad pozostaje dla mnie Mapa i terytorium, nieco odmienna od pozostałych powieści), ale jednocześnie we frustracyjnych monologach jego mizantropijnych bohaterów zawsze możemy odnaleźć jakiś nowy ton, nową diagnozę. Przykładowo w przedostatniej powieści Houellebecqa – Uległości z 2015, wyczytać mogliśmy śmiałą tezę, że islam w Europie wcale nie zagraża liberalnemu hedonizmowi i ma całkiem świetlaną przyszłość, pozwoli bowiem zamożnym mężczyznom w średnim wieku (a tacy stoją wciąż na czele społeczności europejskiej) złamać ostatnie seksualnie tabu, to związane z pedofilią, że zatem religia Proroka może być kolejnym krokiem w ewolucji dekadenckiego Zachodu.

Jaką nieprzyjemną prawdę Houellebecqa rzucił nam w twarz w najnowszej powieści – Serotoninie?

Może to zabrzmi jak oczywistość: na ponad trzystu stronach depresyjnej tyrady 46-letniego Florenta-Clauda Labrouste’a, pomimo licznych uwag dotyczących jednoznacznie złej sytuacji drobnych rolników, katastrofalnych postępów globalnej gospodarki oraz tysiąca spostrzeżeń o potrawach, architekturze i przestrzeni Paryża i Normandii, krążymy przede wszystkim wokół relacji między mężczyznami i kobietami. Ściślej między męskością i kobiecością, bo Labrouste, kolejny w tej prozie refleksyjny Europejczyk, analizując swoje trzy najważniejsze związki (z Yuzu, Claire i Camille), wyraźnie dąży do odkrycia w obszarze płci jakichś prawidłowości społecznych, psychologicznych, a nawet metafizycznych (choć czyni to nadzwyczaj bezradnie, jak bezradna bywa nasza współczesna wrażliwość wobec doświadczenia sacrum).

Oczywiście – trzeba to podkreślić – zderzenie na linii męskie-kobiece jest obecne w prozie Houellebecqa zawsze, nie bawmy się w eufemizmy: wszyscy jego bohaterowie są albo seksoholikami, albo seksualnymi frustratami (acz romantyzmem podszytymi), a kobiety są niezwykle wyuzdane, po czym szybko się starzeją. Tym razem jednak – jak mi się wydaje – to właśnie niezdolność poradzenia sobie z byciem mężczyzną nie tyle w seksie (jak chciałaby w swojej recenzji Kinga Dunin), ale po prostu w szerzej rozumianych relacjach z kobietami, wysuwa się na pierwszy plan.

Historia życia Labrousta jest między innymi opowieścią o braku komunikacji i bezradności współczesnych mężczyzn wobec kobiet. Labroust, dość zamożny, pracujący to w instytucjach europejskich, to w globalnej sieci rolniczej specjalista od agronomii, ukazany jest w Serotoninie jako człowiek całkowicie bierny albo po prostu słaby jak chłopiec w tych momentach, które w konserwatywnym społeczeństwie wymagałyby jego zdecydowanego działania. W gruncie rzeczy chodzi o sprawy banalne, takie jak deklaracja stabilności uczuciowej, wierność, obietnica wspólnego życia, szczerość (w kluczowych sytuacjach prowadzących do rozpadu jego związków właśnie tego zabrakło). Ale widzimy Labrousta również, gdy zawodzi w momentach poważnych, np. gdy odkrywa pedofilskie praktyki swojego sąsiada w odludnej Normandii i pozwala mu zwyczajnie uciec.

Zaraz, zaraz? Byłby Houellebecq piewcą staromodnego mężczyzny zapewniającego godny byt rodzinie, opiekuńczego, odważnego, szarmanckiego? No nie, nie bądźmy naiwni. Dostrzegałbym w Serotoninie nie tyle płaczliwe westchnięcie za utraconym w Europie modelem męskości, co raczej sarkastyczny portret kogoś, kto dzisiaj próbuje być mężczyzną w dawnym stylu, ale wychodzi mu to w bardzo pokraczny sposób. Labroust nie jest może jeszcze incelem, ubocznym (ale czy ubocznym?) produktem alt-rightu, jest na to po prostu za stary i, co by nie mówić, miał do pewnego momentu bardzo bogate życie seksualne. Jednakże rozpad trzech związków i chemiczna „kastracja” (bo terapia lekami SSRI, która użyczyła tytułu powieści, niemal całkowicie pozbawia go pożądania) czynią z Labrousta starszego kuzyna tych dużych chłopców, którzy pod pozorem powrotu do starego świata pragną jedynie zaspokojenia swojego ego.

Bohater to chyba ktoś nieco odmienny od incela – kobiety wini nie tyle za to, że żadna nie chce z nim sypiać, ale za to, że nikt już nie będzie go kochać. W jego biografii dostrzeżemy próbę przywrócenia sensu mocnym, męskim mitom, które mają chyba wypełnić pustkę po utraconym uczuciu: męska przyjaźń z kumplem ze studiów (wiadomo, kumple lepsi niż zdradzające nas kobiety), broń (co to za facet, co nie jest wojownikiem), podróż w nieznane (mężczyznę zawsze gdzieś gna, nie można skazać go na mieszczańskie pielesze), walka (tym razem: rolników z francuskiej prowincji przeciwko rządowi centralnemu), rycerstwo (kumpel bohatera jest przedstawicielem tysiącletniego szlacheckiego rodu), alkohol (w dużych ilościach), papierosy (na tym tle Labroust jest szczególnie dyskryminowany, we współczesnej Europie już niemal nigdzie nie można palić). Tyle że Houellebecq wszystkie te próby wyśmiewa, każdy z tych „męskich” scenariuszy jest realizowany przez bohatera pokracznie. Labroust ucieka przed społeczeństwem i odpowiedzialnością, kluczy, chowa się, boi, maskując tę ucieczkę przed sobą agresywnymi tyradami przeciwko światu, krok po kroku pogrąża się w coraz głębszej depresji. W swoim mizantropijnym szaleństwie dochodzi na skraj zbrodni – ale i tu brakuje mu sił. No i przede wszystkim – cały czas zażywa captorix.

A który prawdziwy mężczyzna walczy ze swoimi demonami na pomocą tabletki?

Na czym polega klęska Labrousta? Wiadomo, incelom nie zależy dziś na (klasycznie konserwatywnych) rodzinie, odpowiedzialności, pracy, wartościach silnych w kulturze mieszczańskiej. Mówią: feminizm zniszczył mężczyzn, co oznacza: kobiety mają za wysokie wymagania i nie wystarcza już im, że po prostu jesteśmy facetami, by iść z nami do łóżka. A drogą odzyskania męskości ma być po prostu nieskrępowany ograniczeniami seks. Bohater Houellebecqa z powodu obniżających libido leków seksu uprawiać jednak nie chce. W pozostałych mitach się nie sprawdza. Z depresji nie ma wyjścia, nawet z pomocą leków najnowszej generacji, one po prostu pomagają wegetować aż do śmierci (tak twierdzi Houellebecq, nie ja). Problem chyba w tym, że chce utwierdzenia swojej męskości, podczas gdy – bycia męskim nikt już od niego nie oczekuje.

Za jeden z dziwniejszych mitów płciowych, z którymi zetknąłem się w życiu, uważam przekonanie o istnieniu „tajemnicy kobiety”. Od kiedy pamiętam, dobrze dogadywałem się z kobietami (proszę jednak nie myśleć o mnie jak o bohaterach Houellebecqa – ja naprawdę jestem konserwatywnym grzecznym chłopcem) i nie zaprzątałem sobie głowy wygłaszanymi tu i tam tezami o „zagadkowej duszy kobiety” czy o fundamentalnym, obiektywnym konflikcie między płciami. Od dawna jestem też przekonany, że ktoś, kto z góry zakłada, że mężczyzna i kobieta stanowią „dwa osobne światy”, małe ma szanse na zbudowanie trwałego związku. Serotonina przynosi żartobliwe wejrzenie w lustrzane odbicie „geniuszu kobiety” – sprawdzamy w powieści, czym jest „tajemnica męskiej duszy”. Houellebecq mówi sarkastycznie: męska dusza to trochę hormonów, trochę neuroprzekaźników. Raczej przewidywalne reakcje na konkretne substancje chemiczne. Do tego garść naiwnych wzorców kulturowych.

Captorix działa w Serotoninie niczym „kapsułka prawdy”, nie tyle „kastruje”, co pewnie dostrzegliby w powieści zwolennicy antypsychiatrii (dlatego pojęcie opatruję cudzysłowem), ale ujawnia duchową pustkę, jaka kryje się za hedonizmem. No a skoro tak, to przed Europą nie rysuje się dobra przyszłość. Jeśli rozkład więzi społecznych rozgrywa się przede wszystkim w relacjach kobiet i mężczyzn, a mężczyźni okazują się pełnymi zahamowań chłopcami, niezdolnymi do zbudowania związków uczuciowych, którzy w dodatku utwierdzają w banalny sposób różnice płci albo ich popęd ograniczony jest przez SSRI, to katastrofa jest blisko.

Taki ten Houellebecq konserwatywny? Może tak, może nie, ale raczej nie w alt-rightowym stylu.

PS. Dobra, na koniec zajrzyjcie proszę do najlepszego tekstu o prozie Houellebecqa, jaki ostatnio czytałem – napisanego przez Krystiana Wojcieszuka. To, co pisałem wyżej, to chyba tylko przypis do tego, co wcześniej napisał Krystian.

Michel Houellebecq: Serotonina. Przeł. Beata Geppert. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2019.

Reklamy

MIM, czyli prawdziwy koniec królestwa inteligencji

Na ostatniej stronie spisu przeczytanych książek, prowadzonego przez mnie obsesyjnie od siódmego roku życia, notuję tytuły dzieł, których nie udało mi się dokończyć. W ciągu kilku ostatnich lat zapisałem tam zaledwie kilka pozycji – przyznaję: raczej nie przerywam czytania, nawet jeśli dzieło irytuje mnie jakością artystycznej roboty; rzadko też (chociażby z powodu największego zła, jakie człowiek znosi pod słońcem, czyli pracy) zaczynam książki bez pewności, że poświęcony im czas nie będzie intelektualnie stracony (i dlatego unikam prozy rozrywkowej, o czym pewnie kiedyś jeszcze…). No więc po kilkudziesięciu stronach MIMa Szymona Słomczyńskiego byłem pewien, że w „spisie lektur niedokończonych” pojawi się piąty czy szósty tytuł. Całe szczęście moja flegmatyczna czytelnicza wytrwałość sprawiła, że ostatecznie prozatorski debiut autora Latakii kończyłem mocno zaintrygowany. Trochę paradoksalnie, bo powieść wydaje się na pierwszy rzut oka niedobrze skrojona, obciążona jest zbyt wieloma wątkami i fabularnie nie jest do końca zwarta (będąc jednocześnie powieścią realistyczną i dość tradycyjną, co jednoznacznie czyni z owej niespójności wadę). Wiele scen MIMa sprawia ponadto wrażenie, jakby Słomczyński nie potrafił zdecydować, czy bardziej zależy mu na realistycznym, czy na parabolicznym sposobie prezentacji współczesnej Polski.

Niedoskonałości te są jednak wybaczalne i to nie ze względu na debiutancki charakter MIMa, ale przede wszystkim z uwagi na to, że Słomczyński postawił sobie bardzo wysoko literacką poprzeczkę. MIM to przecież klasyczna, społeczna, realistyczna powieść, taka, o jaką od kilku dekad rytualnie błagają krytycy i krytyczki – z panoramą społeczną, elementami sagi rodzinnej, wątkiem politycznym i ekonomicznym, językowo bardzo przejrzysta. Przyznaję, robi to na mnie duże wrażenie, napisanie takiej powieści w roku 2019 wydaje się zadaniem dość karkołomnym, o czym MIM jako tekst dobitnie zaświadcza w swoich usterkach. Słomczyńskiemu należy się jednak uznanie za podjęcie zadania niemal niemożliwego do wykonania, a przecież w tym wypadku zakończonego powstaniem całkiem udanej opowieści (pod warunkiem, że przebrniemy przez pierwsze, mocno schematyczne sceny, takie jak „sceniczne” przedstawienie rodziny podczas otwierającego powieść pogrzebu).

Dlaczego tak trudno napisać dziś dobrą, realistyczną powieść o współczesnej Polsce? Czy nie dlatego, że – tak jak w opowieści snutej przez narratora MIMa, Damiana Olśniewskiego – trzeba pokazać nieprzejrzystą rzeczywistość z wielu stron i na wiele sposobów jednocześnie, bez pewności, że sens przedstawionych wydarzeń zostanie zrozumiany przez ich uczestników i w końcu także czytelników? A przecież do tych trudności można dodać kolejne: konia z rzędem temu, kto byłby w stanie w spójny sposób opowiedzieć, jaki jest dziś świat. W fabularnym natłoku MIMa znajdziemy i historię inicjacyjną (opis dojrzewania głównego bohatera, obsesyjna miłość do zmarłej koleżanki czy hedonistyczna impreza osiemnastkowa), i skomplikowane relacje rodzinne (krewni Damiana żyją w Szczecinie i Krakowie, reprezentują niemal wszystkie klasy społeczne i postawy światopoglądowe, a przede wszystkim – są ze sobą skonfliktowani z dość niejasnych przeczyn), i próbę nienachalnej diagnozy politycznej (jak to się stało, że polskie społeczeństwo zagłosowało na prawicę), i rozliczenie z historią (cień PRL-u jest ciągle widoczny w losach bohaterów), w końcu nawet krytyczną analizę świata mediów i ekonomii (nie, nie korporacji, ale… drobnej przedsiębiorczości!). Jednocześnie czytelne są w powieści Słomczyńskiego silne wzorce literackie czy koincydencje, by wymienić tylko interesujący obraz „nowej” rodziny złożonej z wuja narratora – Marka, skromnego właściciela warsztatu samochodowego, Ireny – ukraińskiej imigrantki, oraz jej syna, który przywodzi na myśl Hanemanna Stefana Chwina, zaś kluczowy tu chyba, choć dla mniez znów dość niejasny motyw kazirodczy – wydaną rok temu powieść Sonnenberg Krzysztofa Vargi.

Można zatem czytać MIMa na bardzo wiele sposobów i naprawdę warto to robić, tym jednak, co wydaje mi się w tej powieści szczególnie ciekawe i zaskakujące, jest powrót do problemów prozy tzw. „rozrachunków inteligenckich” sprzed kilkudziesięciu lat – nie bez powodu tak ważny jest w tej opowieści kontekst krakowski. Wchodzenie Damiana w dorosłość, jego zmagania z historią rodzinną (tragiczny wypadek ojca), wybory życiowe (nie zdecydował się na studia, choć wywodzi się z rodziny profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego), zawodowe (branża IT), miłosne (brak stabilności w związkach, romans z żoną wspólnika), polityczne (praca dla aroganckich, nieetycznych właścicieli serwisu internetowego „MIM”) są kolejnymi etapami zrywania z inteligencką tradycją domu. A ta ostatnia przedstawia się jednak dość osobliwie, jak na czas akcji powieści (czyli rok 2015). Przodkowie Damiana od niemal dwustu lat byli naukowcami Jagiellonki, osiemnastka w domu rodzinnym bohatera rozgrywa się „na tle okna, książek, serwantki, pianina, Chwistka Kossaków i Wyspiańskiego, na tle portretu dziadka, dziekana i majora, na tle portretu pradziadka rektora” (s. 98-99). Zrozpaczona wyborami Damiana matka opisuje świat w liście do drugiego męża (także „akademika”):

Kiedy sobie przypomnę, jak my ciężko pracowaliśmy, Heniu, na studiach i później, właściwie przez całe życie, to mnie mdli na myśl o tym, ile mój syn się obijał w życiu i jaki ma wąski horyzont poznawczy. Po co ja sobie przez lata odmawiałam wszystkiego, żeby go zabrać choć na tydzień do Aten, do Madrytu, do Rzymu, do Paryża, po co z nim obchodziłam wszystkie muzea, galerie, po co sama mu czytałam w dzieciństwie, aż do zdarcia gardła, a później podsuwałam lektury, po co płaciłam za dodatkowy angielski przez tyle lat, po co starałam się mu pokazywać, że samodzielne myślenie, oparte na czytaniu, słuchaniu i oglądaniu, jest jedyną drogą do osobistej niepodległości? (s. 297).

Moja zasadnicza wątpliwość dotyczy tego, czy świat takiej inteligencji, którą ośmiesza Słomczyński, jeszcze istnieje, czy nie jest to raczej pewien społeczny mit, budowany na sentymencie za XIX wiekiem, międzywojniem i latami 60. i 70. XX wieku – być może jednymi z najciekawszych w historii polskiej kultury. Krótko mówiąc, intryguje mnie, czy Damian – walczący z matką oprowadzającą go po muzeach i uprawiający seks pod okiem Kossaków i Wyspiańskich, uśmierca rzeczywiście jakiś żywy jeszcze model klasowy, czy też – walczy z demonami, które nie istnieją (to ostatnie tłumaczyłoby może jego porażki życiowe). Nie do końca jestem w stanie rozgryźć, czy Słomczyńskiemu, gdy parodiuje język i wizję świata krakowskiej profesorki, chodzi o ośmieszenie grupy społecznej, czy raczej wyobrażeń, jakie ma Damian na temat swojej rodziny. Być może nie potrafię uchwycić tej cienkiej granicy, bo moje śląskie, robotniczo-drobnomieszczańskie pochodzenie sprawia, że opisywane przez Słomczyńskiego środowisko jest dla mnie równie egzotyczne, co krąg mieszkańców wsi z prozy powojennego „nurtu chłopskiego”.

Aktualność tradycji inteligenckiej jest tematem, jak mi się wydaje, naprawdę wartym dyskusji. Za buntem bohatera kryje się chyba nie tylko niechęć do staromodnej, kołtuńskiej formacji społecznej (nie bez powodu jedynym etycznie pozytywnym bohaterem jest wspomniany już wuj Damiana – właściciel warsztatu i mąż Ukrainki Ireny), ale być może zmaganie z jedną z najpoważniejszych strat duchowych, jakiej doświadczamy obecnie w Polsce. Jest nią upadek wartości edukacji. Być może nie warto było tworzyć tak czytelnej opozycji (staroświecka matka – rezygnujący ze studiowania Damian), wydaje mi się ona w powieści mało przekonująca, ale prawdą jest jednak, że żyjemy w czasach ogromnej frustracji związanej z dewaluacją kształcenia. Należę do pokolenia boomu edukacyjnego przełomu lat 90. i XXI wieku, pokolenia, któremu rodzice ukazywali edukację jako niemal cel sam w sobie. Który jednak nijak nie przełożył się na sytuację życiową wielu z nas. Słomczyński (rocznik 1988) i bohater powieści (rocznik 1987) należą do kolejnej generacji. Jeśli Damian jest parabolicznym reprezentantem pokolenia, to w jego odmowie kontynuacji tradycji inteligenckiej kryje się być może ważna diagnoza – w edukację, wartość tradycji kulturowej, wysoki język nikt już nie wierzy. Bo po co, skoro oznaczałoby to powrót do ideowego i językowego skansenu i nie dawałoby narzędzi do sensownego funkcjonowania w dzisiejszym świecie (w końcu wychowany w „krakoskim” domu Damian okazuje się bezradny wobec dzisiejszego świata)?

Słomczyński nie jest jednak chyba cynicznym prorokiem złej nowiny na miarę Michela Houellebecqa. Jasne, krakowska rodzina Damiana jest komiczna w swoim tradycjonalizmie , a motyw kazirodztwa być może wskazuje alegorycznie na jakąś niewypowiedzianą, etyczną skazę inteligencji (hipokryzję albo uzurpację wysokiej rangi). Ale to, co Słomczyński mówi o świecie „Damianów”, również nie napawa optymizmem – to rzeczywistość krętactw, bezwzględnej walki medialnej, ludzi bezideowych (oszustów – tytułowych mimów, reprezentowanych przez mefistofelicznego wuja Daniela). W tej diagnozie MIM zbliża się do kolejnego „wielkiego patrona” literackiego, czyli Przedwiośnia Stefana Żeromskiego, nadal aktualnej powieści o bezideowej młodzieży i populizmie.

Ostatnia kwestia dotyczyć będzie sposobu wydania powieści. Powiem wprost: powieść Słomczyńskiego jest zbyt dobra, by prezentować ją w tak nieestetycznej okładce. Jeśli ktoś będzie organizował plebiscyt na najbardziej nieudaną okładkę książki roku 2019 – zgłaszam jednoznacznie MIMa.

Szymon Słomczyński: MIM. Wydawnictwo Literackie. Kraków 2019.

Jak być snobem (będąc Ślązakiem)

Jak nie zostałem poetą Szczepana Twardocha miało wszelkie szanse, by stać się książkowym potworkiem, pretensjonalnym wypełniaczem corocznego planu wydawniczego prozaika, lepem wyciągającym 38 złotych z kieszeni czytelnika głodnego nowości. Wyobrażam też sobie recenzje, w których ten zbiór felietonów traktowany jest jako spełnienie koszmarów w zasadzie każdej światopoglądowej frakcji publiczności literackiej. Więcej, sam wyciągnąłem książkę z regału bez przekonania, łamiąc swój bojkot nieliterackich publikacji Twardocha (tych wszystkich „poradników prawdziwego mężczyzny” czy „rozmów bokserów”…). Coś jednak poszło nie tak i autor skroił przewrotną, bezpretensjonalną, zajmującą i zaskakująco złożoną (jak na 170 stron) opowieść o dziwnym losie pisarza.

Zacznijmy pomimo to od owych „koszmarów”.

Najpierw pomyślałem o koszmarze intelektualistów: Jak nie zostałem poetą złożone zostało z trzydziestu sześciu felietonów publikowanych (z jednym wyjątkiem) w latach 2015-2019 na łamach miesięcznika „Pani” (!). Potem o koszmarze feministek i pacyfistów: Twardoch po raz kolejny obnosi się w książce ze swoją miłością do maczystowskich rozrywek, takich jak sztuki walki, samochody o mocy ponad 500 koni mechanicznych, a nawet – o zgrozo – z namaszczeniem opowiada o swojej kolekcji broni i zamiłowaniu do strzelectwa. Koszmar socjalistów: autor niezmiennie prezentuje się światu jako dandys, który zna się na każdym detalu wizerunku staroświeckiego gentlemana, zupełnie lekceważąc tzw. palące kwestie współczesności. To tu, to tam zaznacza pełen wyższości stosunek do tłumu (np. we fragmencie poświęconym masowej turystyce), choć – to z kolei koszmar anty-PiSowej opozycji – odżegnuje się od pogardy dla beneficjentów programu „500+”. Nie zapomnijmy o koszmarze polski patriotów i dawnych znajomych ze skrzydła reakcji: gdy – no tak, to nieuchronne – Twardoch sięga do przeszłości swojej śląskiej rodziny, nie waha się napisać o walce „w wojnie domowej, którą w Polsce nazywa się powstaniami śląskimi” (s. 83). Dalej koszmar konserwatystów: autor stwierdza, że kobiety niczym nie różnią się od mężczyzn. Koszmar katolików: opowieść o śląskiej wigilijnej zupie – konopiotce, zamiast w tradycji chrześcijańskiej osadzona zostaje w kontekście pogańskim. Koszmar rasistów: Twardoch dowodzi, że genetyczne pochodzenie człowieka nie ma żadnego kulturowego znaczenia. Koszmar obyczajowych progresistów: nieustannie deklaruje tradycyjną miłość do synów i stale podkreśla troskę o nich. Koszmar fana twórczości Twardocha: dowiadujemy się, że autor Morfiny pisze książki dla pieniędzy, że w zasadzie nie rozumie, dlaczego ktoś przychodzi na spotkania autorskie, a zarobione na książkach pieniądze wydaje na luksusowe gadżety. Na koniec zostawiam koszmar krytyka: gdy autor ośmiesza nas (mnie) w krótkiej tyradzie przeciw naszemu (mojemu) zajęciu (jesteśmy potrzebni społeczeństwu w tym samym stopniu, jak potrzebni są entomolodzy, czyli niepotrzebni).

Trudno jednak traktować Jak nie zostałem poetą poważnie, zbyt dużo znajdujemy w zbiorze autoironii i demaskacji. Zabiegi te dotyczą przede wszystkim roli „wielkiego, ważnego pisarza”, za którego moglibyśmy wziąć Twardocha, tymczasem autor cały czas puszcza do nas oko, mówiąc „e, to tylko taka poza, zobaczcie, że naprawdę jestem jednak hochsztaplerem”. Pierwszą z tych demaskacji jest tytuł – do cna wyeksploatowany przez awanturniczo-wspomnieniową książkę Andrzeja Stasiuka Jak zostałem pisarzem (próba autobiografii intelektualnej) z 1998 roku i żartobliwie do niej nawiązującą Jak nie zostałem menelem (próba autobiografii antyintelektualnej) Jarosława Klejnockiego (2002). Swoją drogą, felieton tytułowy przybliża zabawną historię poetyckiego coming outu Twardocha w gliwickim klubie poetyckim w głębokich latach 90.. W opowieści tej prozaik wymienia z nazwiska tylko jednego, obdarzanego sympatią twórcę – Ryszarda Chłopka (zaznaczając, że nie wie, czy Chłopek jeszcze para się poezją). Okazuje się (zaskakująco? Chyba jednak nie), że wielki pisarz zaczynał jako zakompleksiony licealista piszący szeleszczące papierem wierszydła, a jeszcze wcześniej był szkolną ofiarą. Że samochód o mocy pięciuset koni służy wielkiemu pisarzowi głównie do odwożenia synów do szkoły. Że i tak najistotniejsze w doświadczeniu wielkiego pisarza jest wpisywanie własnej biografii w ciąg powtarzalnych historii rodzinnych (narodzin – ślubów – śmierci). Że żaden z niego intelektualista, skoro niemal wszyscy przodkowie wielkiego pisarza byli śląskimi chłopami i robotnikami i nie ma ich w spisie uczestników Sejmu Wielkiego (których przodkowie z kolei tworzą dziś polskie elity). Że jako bokser-amator wielki pisarz głównie zbiera cięgi od innych zawodników. Że w końcu estetyczny waleń na okładce zbioru to nie nawiązanie do Moby Dicka, lecz do odpowiedzi na pytanie z Kwestionariusza „Kim lub czym chciałbym być, gdybym nie był tym, kim jestem?”. Twardoch odpowiada zwięźle: „Chciałbym być kaszalotem” (s. 135).

Kaszalotem?

Demaskują pisarza jednak przede wszystkim widma przodków. To najciekawszy i najbardziej szczery wymiar omawianej książki – śląskość. Twardoch próbuje być snobem, gentlemanem, wielkim pisarzem, ale co kilka tekstów na powierzchnię pamięci wypływają pradziadkowie, dziadkowie, babcie, ojciec, których wizja świata i trudne życiowe doświadczenia „oskarżają” potomka-dandysa-prozaika. Dziadek autora jego debiutancką książkę wrzuca do pieca. Wychowana w „kulturze niedostatku” babcia przychodzi Twardochowi na myśl, gdy wydaje majątek na kolejną kosztowną „zabawkę”. Od przodków dziedziczy autor również nieufność wobec państwa jako instytucji (przednia historia o PRL-owskim Złotym Krzyżu Zasługi dla dziadka Jorga Dragi) i fanatyzm pracy. Istotną rolę odgrywa w Jak nie zostałem poetą podkreślane co krok plebejskie pochodzenie. Krótko mówiąc: może Twardoch nosić najlepsze artykuły, pić wino w Toskanii, synów do pracy odwozić mercedesem, być znanym i dobrze zarabiającym prozaikiem oklaskiwanym przez niemieckich czytelników, ale ostatecznie – sam to przyznaje – jest po prostu kolejnym Ślązakiem żyjącym na granicy Lasów Raciborskich. Kolejnym z linii Twardochów i Dragów.

Ta autodiagnoza jest już nie tylko zabawna, ale także wzruszająca. Rzeczywiście w śląskim charakterze (jeżeli coś takiego w ogóle istnieje), poza emocjonalnym chłodem, szorstkością i dosadnością, tkwi też (bliska mi) silna odraza dla fałszu, pozerstwa i nowobogactwa. Jak zatem być snobem, będąc Ślązakiem? Twardoch ma rację: nie da się! Całe szczęście zatem, że mamy śląskie omy i śląskich starzików. Rola tych ostatnich jest, by tak powiedzieć, fundamentalna w doświadczaniu własnego losu. Dzięki nim i ich karzącemu spojrzeniu możemy – będąc śląskimi intelektualistami, krytykami, pisarzami, naukowcami, artystami, snobami, bogaczami itp. – cały czas odczuwać dziwność życia, dziwność ról, w jakie wtłoczyło nas życie, a w końcu dziwność istnienia w ogóle.

Nieco wbrew sobie doszedłem do bardzo poważnego odczytania książki, a byłbym zapomniał, że chciałem zrobić jeszcze przypis do „poetyckiej” anegdoty Twardocha: Rysiek Chłopek nadal pisze wiersze. I znów nosi długie włosy. I nadal jest bardzo fajnym gościem.

A z krytykami nie jest chyba aż tak źle, prawda? Jeden z idoli autora – Ernst Jünger, także był entomologiem.

Szczepan Twardoch: „Jak nie zostałem poetą”. Wydawnictwo Literackie. Kraków 2019.

Czas maszyn, czas niepoprawnych głupców. Na marginesie „Ziemi obiecanej”

Tym razem coś wyciągniętego „ze szpargałów”.

Tekst powstał wiosną 2004 roku jako… praca zaliczeniowa w ramach bardzo inspirujących zajęć z historii literatury Młodej Polski prowadzonych przez profesora (wówczas doktora) Ryszarda Koziołka. 

Rok później tekst opublikowany został na łamach niezapomnianego, nieistniejącego już kwartalnika kulturalnego „Kresy”.

(…) przemyślałem na nowo przemijanie i niszczenie. Niepotrzebnie, albowiem o nich – zakłada się – z góry wiadomo, iż nie da się powiedzieć niczego nowego: treści są ponoć stare jak świat. (…) Jakoś jednak temu fatalizmowi nie dowierzam, głównie z powodu papuziej bezkrytyczności, z jaką uznaje się banalność niszczenia i przemijania. (Stefan Szymutko: Pożegnanie)

1. Filozoficzny banał: wciąż nie potrafimy poradzić sobie z przekleństwem momentalności. Jak refren wracają słowa psalmisty: „Dni człowieka są jak trawa: tak kwitnie jak kwiat polny. Gdy wiatr nań powieje, już go nie ma i już go nie ujrzy miejsce jego” (Ps 103, 15-16). Tymczasem jednak rację ma Stefan Szymutko: trudno przystać na rzekomo banalny charakter niszczenia i przemijania. Trudno, bowiem, po pierwsze: moje niszczenie i przemijanie nie jest tak samo zużyte, jak od wieków przywoływane cytaty biblijne; jest w końcu moim, prawdziwie doświadczanym przemijaniem! Po wtóre natomiast – skonstatowanie nieuchronności końca wcale nie zawiesza mówienia o nim (choć wydaje się, że powinno), nie powstrzymuje przyrostu zdań lub makabrycznych obrazów śmierci, które – z racji tego, iż pisane/zbierane są przez ludzi, dla których odejście jest ciągle sprawą przyszłości – służą raczej oswajaniu powszechnego rozkładu niż wypowiedzeniu treści radykalnie nowych.

Tak, wobec faktu przemijania ostatecznie powinniśmy stać się niemi. Kolejny banał: nic nie stanowi dla nas większej tajemnicy niż śmierć i być może tylko tego procesu nie sięgnęła jeszcze pycha umysłu mającego na wszystko zbyt łatwą odpowiedź. Powinniśmy milczeć, tymczasem „zbywamy milczeniem” przemijanie, a to nie to samo. Czym bowiem jest codzienna krzątanina, jeśli nie bezmyślnym wyzwaniem rzuconym rozkładowi („a mimo to potrafię żyć, cieszyć się”), jeśli nie formą zagłuszenia świadomości tego, co nieuchronne? Gdzieś między pozornie oswajającym nadmiarem słów a wulgarnym ostracyzmem milczenia otwiera się pole fascynacji momentalnością. Fascynacji, która nie może wyzbyć się języka, ale jest też świadoma, że nieuchronnie dąży do jedynego możliwego końca dyskursu – do milczenia właśnie; która wykluczając histerię (tak paniczny strach, jak i euforię), po omacku bada, kontempluje, rozważa śmierć, ruch, rozkład. Może dzięki tej fascynacji (będącej połączeniem trwogi i ekstazy, obrzydzenia i zachwytu) zdążymy powiedzieć coś, co dla nas nie będzie tylko powtórzeniem skargi Hioba: „Moje dni są szybsze niż tkackie czółenko i przemijają bez nadziei. Pomnij, że życie moje to tchnienie, moje oko już nigdy nie ujrzy szczęścia” (Job 7, 6-7)?

2. Jest coś zastanawiającego w ruchu, w „ruchu w ogóle”. Nie do końca wyczuwam, jakie relacje zachodzą między nim a przemijaniem. Czy to ostatnie jest tylko pochodną poznawczego stereotypu, który każe nam oddzielić „zwykły ruch” w wycinku czasu (ot, podróż, spacer) od przemijania? A może ruch warunkuje momentalność naszego postrzegania, będąc jednocześnie rozpoznawanym, „dotykanym” jedynie w jej ramach? Trudno uniknąć zawrotów głowy, trudno nie czuć dreszczu, gdy rozmyśla się w ten sposób. Jak zawsze, gdy sięgamy intelektem w stronę, która powinna zostać zakryta przed zakusami ograniczonego rozumu.

A więc – ruch. Odnoszę wrażenie, że pewne figury życia (myślenia, poznania) aktualizujemy niezależnie od przestrzeni, w której się poruszamy. Włóczęga ulicami miasta (trop melancholijny) w istocie niewiele się różni od włóczęgi między zdaniami, książkami, piosenkami. Odkrycie, że jestem tylko biernym rejestratorem przepływających zdań i obrazów, zadziwiająco łączy się z wyczuleniem na płynność miasta, życia. Ale pisać o tym mogę tylko wtedy, gdy się zatrzymam, gdy na chwilę stanę „poza”; poza ruchem przede wszystkim. W tym mgnieniu zatrzymania wyczuwam, że istnieje ruch, doznaję jego zewnętrzności wobec mnie. Nie opuszcza mnie również myśl, że śpieszący się ludzie i moje nieustannie starzejące się ciało i duch są tylko swoistą biblią pauperum: ruch z litości dla naszych poznawczych ograniczeń „przyjmuje” namacalną postać pędzącego miasta i mnie samego. Tak, całkiem możliwe, że świat składa się tylko z kilku podstawowych… sił? pierwiastków? żywiołów?, które – jak napisał Andrzej Stasiuk – przyjmują fizyczną formę, byśmy nie pomarli w królestwie bezprzedmiotowej tęsknoty.

3. Intrygujący fragment Ziemi obiecanej:

Z czwartej strony, zamykającej ten długi czworobok przed olbrzymim kominem, stał wysoki trzypiętrowy budynek, podobny do wieży, przez którego słabo oświetlone okna majaczyło w szalonym ruchu olbrzymie koło rozpędowe. (…) wszedł do wieży.

Na razie nie spostrzegł nic w półmroku, w którym główne koło, niby jakiś gad potworny skręcony w kłębek, z szybkością szaloną rozpryskując stalowymi błyskami, wypryskiwało z ziemi, gdzie było do połowy zanurzone, rzucało się w górę z szaleństwem, jakby chcąc rozbić te więżące je mury i uciec, zapadało z wściekłym świstem, wyrywało się znowu i biegło nieustannie z taką szybkością, że nie można było uchwycić jego kształtu, widać było tylko drżącą mgłę błysków, odpryśniętych od stalowej polerowanej powierzchni, która srebrnawą aureolą pędziła za kołem i przepełniała ciemną wieżę miliardami ostrych iskier.

Kilka olejnych lampek, przyczepionych do ścian, drżącymi płomykami oświetlało tłoki, które niby stalowe, grube jak drzewa ręce pracowały również nieustannie z jednostajnym, przeszywającym świstem, jakby usiłowały z nadaremną wściekłością pochwycić to koło, już oburącz trzymane i wiecznie się wymykające.

Znamienne, że obraz „głównego koła rozpędowego” pojawia się w powieści Władysława Reymonta dopiero po kilkuset stronach. Wcześniej istnienie siły napędzającej fabrykę czy – już metaforycznie – całą Łódź, jest jedynie sugerowane: pracy wszystkich maszyn towarzyszy nieustający świst „pasów i transmisji”. Rodzi się jednak przypuszczenie, że dla autora Ziemi obiecanejmodernisty, ciągłe wrzenie, płynność życia miasta muszą być zakorzenione w jakimś źródle powszechnego ruchu, że zmienność, migotliwość i tymczasowość Łodzi nie są jedynie grą niekończących się odniesień do nieuchwytnego, a być może wcale nieistniejącego fundamentu. I tak jak motywacją „ruchu” (pracy, bogacenia się, wyzysku) fabrykantów jest daremna, bo nienasycona żądza posiadania i władzy, tak gorączkę pracy w zakładach rozbudza obłędny rytm maszyn napędzanych przez „wiecznie wymykające się koło”. Jak powiedzieliśmy – intrygujący jest opis tej maszyny. Przesadny, patetyczny, nieznośnie monumentalny, a jednocześnie – ujmujący na tle całości dzieła. Pędzące koło, zanurzone w półmroku, właściwie uniezależnia się od rzeczywistości: nie znajdujemy w opisie wzmianki na temat innych, napędzanych przez nie maszyn. Pozbawione konkretnego kształtu, daje się uchwycić jedynie w momentalnych rozbłyskach, a więc podobnie do opisywanego w poprzednim fragmencie tego eseju, epifanijnie poznawanego „ruchu w ogóle”. Otóż to – koło napędowe, zamknięte w sobie jak „jakiś gad potworny skręcony w kłębek”, nie tylko separuje się od konkretnego świata, ale i samo staje się czystym ruchem! Maszyna traci gdzieś swoją „maszynowatość”, tłoki stają się „nadaremną wściekłością”, całość przypomina już nie tyle wytwór człowieka, co piekielny uścisk dwóch żywiołów – przemijania i skazanej na klęskę stagnacji.

4. Czas biologiczny zastąpiony czasem maszyn. Świstawki fabryczne zastępują w powieści świt. Oto smutny paradoks cywilizacji nowoczesnej – przedłużanemu wciąż życiu (w czym niemałą rolę odegrał szaleńczy rozwój techniki) towarzyszy niebywałe przyśpieszenie tegoż życia. W efekcie można odnieść wrażenie, że nasze siedemdziesiąt lat waży mniej niż trzy, cztery dekady człowieka średniowiecza. Rzeczywistość gadżetów jest więc perfidna, o ile możemy tę cechę przypisać czemuś, co nie jest żadną całością. Przyrost zabawek, automatów, pozornie tylko niezbędnych rekwizytów coraz bardziej skupia naszą uwagę, odwodząc od świadomości „istoty”, „momentalności” życia, a jednocześnie – coraz bardziej niepostrzeżenie przesuwa nas ku śmierci, co zdaje się sytuować nas już po stronie świata zwierząt. „Ruch” i tak już trudny do zaakceptowania zostaje wzmożony, „momentalność”, nad którą i my teraz się zatrzymujemy, staje się „hipermomentalnością” ponad nasze siły.

Znajdujemy w Ziemi obiecanej kilka postaw wobec nieuchronnego ruchu. Afirmatywną, melancholijną oraz całkowicie pasywną, a to najpewniej tylko wycinek całej gamy. Czytamy o jednym z głównych bohaterów: „Borowiecki pobiegł dalej do farbiarni przez korytarze i przejścia zapchane wózkami naładowanymi towarem ociekającym wodą (…). Co chwila zastępowano mu drogę z najrozmaitszymi interesami. Wydawał krótkie rozkazy, szybko decydował, pospiesznie informował, czasem obejrzał próbkę z farby, jaką mu przynosił robotnik (…) i leciał dalej wśród spojrzeń setek robotniczych i szumu fabryki, co niby piekło wrzała chaosem” [wszystkie podkr. – W.R.]. Tkwi w postawie Borowieckiego trudna do przemilczenia dionizyjskość, przynajmniej w cytowanej powyżej scenie. Zgoda na warunki, których sami nie wybieramy, swobodny dryf na falach chaosu, aktywny stosunek do histerycznych, niemożliwych do myślowego okiełznania ruchów rzeczywistości. Co ważne, afirmatywność tego rodzaju oznacza zgodę na zarówno zwycięstwo, jak i na klęskę, na panowanie nad siłami, ale i na uleganie nim.

O ileż odmienna jest postawa Trawińskiego!: „Patrzył z rozpaczą prawie, bo czuł swoją niemoc, czuł, że chwila jeszcze, a z tego olbrzymiego wiru, z tej maszyny nazywanej Łodzią wyleci za chwilę jak odpadek, jak miazga wyssana i zużyta na nic, niepotrzebna temu potworowi, miastu” [wszystkie podkr. – W. R.]. Zauważmy, że fragment ów znajdujemy tuż po opisanym w podobny sposób tragicznym wypadku w fabryce Bucholca – są to jakby dwa warianty tego samego aktu uśmiercania. Rzeczywista śmierć wciągniętego w maszynę i obróconego w „kupę mięsa” robotnika różni się jednak od metaforycznego zmiażdżenia przez Łódź polskiego, uczciwego szlachcica. Różni się poziomem refleksji. Trawiński zauważa nieuchronność ruchu, więcej w jego postawie niezgody, choćby tylko wewnętrznej (refleksyjnej), na chaos rzeczywistości, niż pełnej bierności. Ta zaś przynależy robotnikom, całkowicie oniemiałym, poddanym i ostatecznie niszczonym przez szalony rytm maszyn/życia: „Ludzie, z tyłu maszyn podkładający towar do drukowania, poruszali się sennie, a majstrowie stali przed maszynami, co chwila któryś się pochylił, przypatrywał walcom, dolewał farby z wielkich kadzi, patrzył na materiał i znowu stał zapatrzony w te tysiące metrów, biegnących z szalonym pośpiechem” [podkr. – W. R.].

5. Wracam raz jeszcze do opisu koła rozpędowego. Coś domaga się choćby zauważenia, wspomnienia: „główne koło, niby jakiś gad potworny skręcony w kłębek”. Uroboros symbolizujący ideę wiecznego powrotu i kolistości czasu. Kilkanaście stron dalej intrygująca w tym kontekście scena śmierci Bucholca, który w chwili odejścia staje się „posępny jak te czworoboki towarów, bezwładny jak te miliony, wśród których skonał”. Najbardziej zastanawia zakończenie tego fragmentu: „tylko ten wstrząsający, skamieniały na ustach krzyk istności zdławionej zdawał się huczeć w mrocznej sali, pod żelaznym sufitem, w wąskich uliczkach, wskroś gór towaru, wskroś murów przenikał i łączył się z potężną falą życia, jakim wrzało miasto i huczały fabryki”. Oto i naiwne, znane skądinąd pocieszenie w obliczu rozkładu – twoje ciało stanie się częścią kosmosu (tu: miasta), twoja dusza roztopi się w duszy wszechświata. Najwidoczniej zbyt jestem skażony nowożytną, podmiotową filozofią (nie wspominając o chrześcijaństwie): nie jestem przekonany, czy „roztopienie w świecie” lepszym jest stanem od zachowania świadomości, cóż zresztą po takiej nieświadomej, wszechświatowej komunii, jeśli jest ona już właściwie domeną nicości. Mimo niezgody na taką koncepcję, trudno mi nie zatrzymać się przy scenie śmierci Bucholca – czyżbyśmy już na wieczność byli skazani na świat, w którym reguły, czas i przestrzeń wyznaczają maszyny? Czyżby i po śmierci czekał nas tylko wieczny ruch, ruch żywiołów?

6. Pisze Andrzej Stasiuk w Mojej Europie: „szlachetniejsza forma rojenia na jawie zawsze za swój przedmiot bierze przestrzeń. Czas obchodzi tylko tych, którzy mają nadzieję, że coś się zmieni, czyli niepoprawnych głupców”.

Tymczasem jest późnokwietniowy, duszny wieczór. Staję w otwartym oknie, wdycham zapach ruchliwego skrzyżowania. Wciąż nie wiem, jak poradzić sobie ze sprzecznościami. Narcystyczne przywiązanie do własnej, indywidualnej świadomości versus rzeczywistość złożona z kilku podstawowych pierwiastków. I dalej: znowu powraca problem relacji między ruchem a momentalnością. Stoję w otwartym oknie i dopada mnie wrażenie, że po raz kolejny choć na chwilę znalazłem się poza/ponad czasem, momentalnością. To pisanie tego tekstu zatrzymało mnie na mgnienie poza wszelkim ruchem?

Być może ta chwila jest właśnie dla Stasiukowych „niepoprawnych głupców”, a więc tych, którym świat gadżetów nie zdołał póki co przesłonić i tak zatartej w mroku poznania „istoty” życia. Dla tych, którzy – wyrzuceni „poza” rzeczywistość – nie potrafią nie zastanawiać się nad jej podstawowymi elementami: czasem i przemijaniem. Napisałem na początku, że fascynacja (a więc także i przerażenie) momentalnością musi prowadzić do jedynego możliwego finału – do milczenia.

Najwyższy chyba czas, by wreszcie zamilknąć.

„Kresy” 2005, nr 61-62.

Te, które uciekają przed swym cieniem

Sorge Aleksandry Zielińskiej potraktować można jako wariację na temat Bury i szału, poprzedniej powieści autorki z 2016 roku, tak wiele odnajdujemy między książkami podobieństw w narracji, charakterystykach bohaterów i konstrukcji świata. Nie chciałbym jednak, by porównanie to zabrzmiało wartościująco – Sorge nie jest po prostu kopią bardzo udanej Bury…, próbą ponownego rozegrania udanej partii, jest raczej jej dojrzalszą powieściową siostrą (a tej ostatniej metafory używam nieprzypadkowo).

Zielińskiej udało się w Sorge wygładzić styl i subtelniej w stosunku do poprzedniczki utkać sieć symboliczną, za pomocą której opowiada o losie swoich bohaterek. Podobieństw jest jednak sporo, być może najnowsza powieść Zielińskiej jest po prostu kolejną odsłoną tego samego lamentu o traumie rodzinnej, żałobie i polskiej prowincji. Znajdziemy tu zarówno motyw miasteczkowej „przeklętej” („miasteczko traktuje chyba dziewczynę jak ropę w ranie” [s. 65], „ludzie myślą, że przynoszę albo klątwę, albo cuda” [s. 92]), znajdziemy powracające w postaci widm, niemożliwe do wysłowienia traumy z przeszłości, zmowę milczenia wokół śmierci czy będące refleksem bólu psychicznego problemy z odżywianiem, ale też napięcie między prowincją i metropolią oraz duszną atmosferę małej mieściny, a nawet pozornie mało istotne motywy z Bury…, takie jak rzeź drobiu. Lepiej, bo nie tak nachalnie jak wcześniej, analiza psychologiczna jest w Sorge łączona (tym razem bez odwołań do konkretnych praktyk terapeutycznych) z oryginalną symboliką. Zielińska rzadko wpisuje swoje opowieści w odziedziczoną z tradycji tkankę symboliczną, choć i tę tu znajdziemy, próbuje raczej stworzyć własne imaginarium organizujące bolesne doświadczenia bohaterek powieści. Tam natomiast, gdzie sięga go gotowe wzorce, np. gdy łączy kobiecość z wpływem księżyca, jej narracja wypada najsłabiej. Całe szczęście jednak miejsc takich jest w Sorge niewiele, częściej autorka operuje w ramach ciekawie i samodzielnie nakreślonej mapy symboli, na którą składają się miejsca (takie jak zrujnowany szpital w pałacu, a dokładniej – jego oddział położniczy, droga krajowa przecinająca miasteczko, kawiarnia ozdobiona motywem flaminga) i wydarzenia (np. przywoływany nieustannie „trzask”).

Ramę narracyjną Sorge tworzy – pomimo tego, że najczęściej autorka stosuje narrację trzecioosobową – czynność opowiadania, trochę spowiedzi, bardziej jednak psychoterapeutycznej logorei. Nie bez powodu część wstępna powieści nosi tytuł Prolog, w którym kobiety chcą mówić, ostatni rozdział zapowiada pojawienie się Chóru kobiet, natomiast epilog to fragment, w którym kobiety mówią. Wszelkiego rodzaju traumy domagają się wszak (na tym m.in. polega terapia psychologiczna) wypowiedzenia i porzucenia (co Zielińska ujmuje w postaci symbolicznego wielkiego marszu nieszczęśliwych kobiet). Wysłuchujemy zatem historii trzech kobiet. Najpierw dziewczyny, która nie wyjawia swojego imienia, dwudziestokilkuletniej byłej nauczycielki języka niemieckiego z miejscowej szkoły, która całe życie zmaga się z „cieniem” zmarłej podczas porodu siostry bliźniaczki. Kolejno snuje swoją historię Tula: kobieta w średnim wieku, do niedawna z sukcesem prowadząca w miasteczku Sorge cukiernię (tę z flamingami), ale od śmierci córki pogrążona w niedającej się przepracować żałobie. Wreszcie Adela: najstarsza z nich, babcia dziewczyny i matka ojca, pielęgniarka z miejscowego szpitala zmagająca się z demonami przeszłości i przygotowująca się na zapowiedzianą przez lekarzy utratę pamięci. Początkowo nieco trudno zorientować się w zawiłościach łączącej kobiety relacji, tym bardziej, że chociaż „kobiety chcą mówić”, są w zasadzie nieme. Nie chodzi tylko o to, że ból, który przeżywają, jest nie do opowiedzenia; co równie istotne, ich historię, pełną luk, niedopowiedzeń i idiolektalnych fraz, opowiada za nie narrator. W pewnym sensie stajemy w pozycji tego ostatniego, rekonstruując wydarzenia z przeszłości, które przestrzeń Sorge uczyniły duszną, piekielną i klaustrofobiczną, jak sama autorka mówi – jest to jądro ciemności.

Kluczowym wydarzeniem w życiu bohaterek jest „trzask” – ten traumatyczny moment pokazany zostaje w osobnym, czwartym rozdziale powieści, na który składa się… jedna pusta kartka (kolejny trop niemego cierpienia). Stopniowo, jak w tego typu historiach, odsłania się przed nami przebieg owego „trzasku”, czyli wypadek autokaru wiozącego dzieci z zagranicznej wycieczki, wypadek, w którym zginęli wszyscy poza dziewczyną. Jak ów „trzask” łączy trzy kobiety? Dziewczyna przeżywa, ale czuje na sobie oskarżycielskie spojrzenia matek, których dzieci zginęły. Tula straciła w wypadku jedyne dziecko. Adela obudziła się tej nocy z „trzaskiem” w głowie, który rozpoczął proces rozpadu jej osobowości. Zielińska nie tworzy jednak banalnej historii, w której jedno wydarzenie niszczy spokój sielskiego miasteczka. Życie głównych bohaterek i ich rodzin (ojca dziewczyny, męża Tuli, innych matek) naznaczone jest szeregiem traum, które z oczywistych powodów nie mogą zostać wypowiedziane. Bohaterowie niosą w sobie ciężar winy (ojciec – za gwałt, który jego zdaniem ściągnął nań szereg nieszczęść-kar, Adela – za zignorowanie prośby żydowskiego chłopca w czasie wojny itp., ważnym wątkiem jest także tajemnicza ucieczka matki dziewczyny i zarazem córki Adeli zaledwie dwa miesiące po porodzie), który sprawia, że relacje wszystkich są chłodne i naznaczone agresją.

Najciekawsze w Sorge jest jednak nie snucie historii, ale sugestywne budowanie atmosfery miejsca oraz to, co wydaje się największą siłą prozy Zielińskiej – analiza psychologiczna. W monologach bohaterek i partiach narratora jak refren wracają frazy typu „wszędzie czuć tu zmarłych pod stopami” (s. 7), „weselna potańcówka ze zmarłymi pukającymi w parkiet od spodu” (s. 163), „Adela dobrze czuje się wśród grobów” (s. 211). Można odnieść wrażenie, że całe Sorge jest – jak wskazuje znaczenie niemieckiego słowa, którym Zielińska pseudonimuje nazwę miasta – ogarnięte przez tanatyczny „niepokój”, „utrapienie” i „zmartwienie”. Fabularnym odzwierciedleniem tego stanu są bezładne wędrówki, jakim oddają się zniszczone przez żałobę i wyrzuty sumienia kobiety. Dziewczyna i Tula błądzą po Sorge, by przeczekać ból, Adela – bo początki demencji nie pozwalają jej wrócić do domu; błądzą także matki umarłych dzieci, błądzą (na swój sposób) mężczyźni obserwujący z boku niemy ból kobiet, bo przecież – jak czytamy w powieści – „żałobę można nosić zarówno po martwych, jak i żywych” (s. 274). W Sorge (jako powieści) dzieje się tak naprawdę niewiele – najistotniejsze okazują się przypadkowe spotkania, podczas których zawiązuje się nieoczywista wspólnota bólu. I tak spotkanie dziewczyny, Tuli i Adeli porównane jest raz do zawiązania „trójcy” (w domyśle – świętej, s. 101), to znów do zetknięcia „trzech jeźdźców apokalipsy” (s. 116). Wspólna dziewczyny i Tuli wizyta w zrujnowanej kawiarni z flamingami jest pretekstem do terapeutycznego sprzątania lokalu (zakończonego jednak nieporozumieniem). Najważniejsza jedna interakcja ma miejsce w finale powieści. Nocny, żałoby „flaneuryzm” bohaterek rozpoczyna wielki marsz wszystkich kobiet z miasteczka: coś, co zgodnie ze „zdroworozsądkowymi” przewidywaniami i logiką fabularną mogło stać się linczem (dziewczyna jest przekonana, że matki dzieci nieustannie ją obwiniają za śmierć dzieci), zamienia się w rytuał wybaczenia i zrozumienia, dzięki któremu wszystkie (prawdziwe i urojone) winy zostaną oswojone, a ciążąca przeszłość wreszcie zostanie zastąpiona przez „teraz”. Dochodzimy tu do ważnej, feministycznej diagnozy Zielińskiej (nieco zepsutej przez wspomniane, banalne zrównanie siły kobiecości i siły księżyca): to nie nieobecni, pogrążający się w wirze pracy mężczyźni, w szaleństwie aktywności próbujący „zagadać” swoje winy i żałobę, ale inne kobiety połączone we wspólnocie zrozumienia mogą uwolnić świat od obciążeń mrocznej przeszłości.

W końcu „sorge” to nie tylko „zmartwienie”, ale też „troska”.

Na koniec dwa zdania o psychologizmie. Zielińskiej bliska jest chyba taka metoda „analizy” osobowości bohaterów, w której to nie naukowe, precyzyjne pojęcia opisują to, co dzieje się w psychice, lecz – symbole (nie bez powodu po raz kolejny autorka umieszcza w powieści cierpkie uwagi na temat terapii psychologicznej). Nad Sorge unosi się atmosfera metafizycznej niemal klątwy, jest to jednak pozór, czy raczej złudzenie poznawcze samych bohaterów powieści. W Sorge nie znajdziemy metafizyki, a nawet psychologii głębi – w metodzie pisarskiej autorki Bury i szału istotniejsze są analogie, podobieństwa i zbliżenia, które pozwalają lepiej zrozumieć motywację działań postaci i wokół których zogniskowana jest ich analiza (oraz – oczywiście – autoanaliza). I tak wiele razy powraca w Sorge baśń o szczurołapie z Hameln, którą dziewczyna reżyserowała w szkolnym teatrze tuż przed nieszczęśliwą wycieczką (oczywiście to ona-germanistka jest owym szczurołapem, który uśmiercił dzieci), „chore na śmierć” bohaterki nieustannie powracają do zrujnowanej sali porodowej, która wkrótce (za sprawą męża Tuli i ojca dziewczyny) ma stać się salą weselną dla nowych pokoleń mieszkańców Sorge, zaś sama dziewczyna nieustannie czuje na swoim ciele widmowy ciężar zmarłej po porodzie siostry-bliźniaczki (co sprawia, że jej życie nieustanie „zatrzymuje się” i przypomina uroborosa), swoje przeżycia porównuje nawet do wzruszającej historii orki płynącej wiele dni z martwym dzieckiem na plecach (s. 248). Terapeutyczne analogie rymują się w Sorge z finalnym przesłaniem: traumy nie sposób zrozumieć i wypowiedzieć, można ją jedynie wspólnie przeżyć. Konieczna do tego jest jednak wybaczająca i rozumiejąca „troska” – w tym sensie pogodzenie z własnym bólem (żałobą, winą) i złością przychodzi wraz z okryciem, że podobne przeżycia tkwią w każdym (tu: w każdej z kobiet) i że najgłębiej ukryte traumy są w zasadzie nie do przepracowania, jeśli nie towarzyszy im empatyczna akceptacja. I to jest coś, co zdecydowanie odróżnia Sorge od Bury i szału, powieści, która zostawiała z przygnębiającą konstatacją, że trauma, mroczny cień osobowości, wina nie mogą zostać ani zinterioryzowane, ani wyparte, ani przepracowane. Czy to dlatego na okładce omawianej powieści Zielińskiej, mimo jej skrajnie pesymistycznego klimatu, pojawia się różowy, nadmiernie cukierkowy flaming? Chcę być jednak dobrze zrozumiany: nie sugeruję, że optymistyczne zakończenie Sorge jest ckliwe. Przeciwnie, autorka proponuje raczej „trudny optymizm”, wymagający zgody na to, że życie w swojej zasadniczej treści jest ciągłym cierpieniem.

Co tu dużo mówić – Sorge to znakomita, wieloznaczna i emocjonalnie bardzo prawdziwa powieść.

Aleksandra Zielińska: Sorge. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2019 [seria: …archipelagi…].