Żywych i umarłych (5): Motylek, piksel i duch Mickiewicza

(…)

Z roku na rok rozpraszamy ducha coraz bardziej, a deklaracja Mickiewicza „Bom wszędzie cząstkę mej duszy zostawił” jest dzisiaj tak oczywista, że straciła wszelką nadzwyczajność. Duchy rozpadają się w czasie naszego życia na niezliczone cząstki i nie wiadomo, czy ktokolwiek je kiedyś poskłada w całość. „Duchowy stalking” Mickiewicza zmienił się chociażby w obsesyjne szukanie śladów czyjejś obecności w sieci, o czym śpiewa Julia Marcell w ironiczno-smutnej piosence Więcej niż Google (do posłuchania – tutaj), a jedyna możliwa wieczność to cyfrowa „święta pamięć”. No, może nie do końca skazani jesteśmy tylko na cyfrowe namiastki życia wiecznego, w końcu Marcell śpiewa zasadzie o miłości silniejszej niż sieć. Zabawne stwierdzenie: kochać to wiedzieć o kimś więcej, niż wie Google. Najciekawsza jest dla mnie jednak przedostatnia zwrotka traktująca o rozproszonym istnieniu:

Czy stąd lepiej mnie widać?

Tu, na tych zdjęciach?

Jestem na tym i na tym,

I na tym, i na tym, i na tym.

Dwa tysiące dziewięćset, dziewięćset dwadzieścia

Świadectw mojego istnienia

Po dyskach pogrzebanych.

W XIX wieku dusze były blisko ludzi i mogły błąkać się po świecie jako puszczyki czy korniki, dziś pozornie są nam jeszcze bliższe, nosimy swoje i cudze „dusze” w smartfonach jak dżiny, ale „rozpadły się” one na tysiące dysków, pendrive’ów, chmur, serwerów. I te cząstki, resztki naszych pokiereszowanych całości będą krążyć w sieci, dopóki istnieć będą programy zdolne odtworzyć format, w którym te resztki siebie i naszych bliskich zapisaliśmy. Nigdy nie wiadomo, skąd, kiedy i w jakiej formie wypłyniemy przed czyjeś oczy – i zjawimy się nagle na zdjęciu otwartym przez przypadkowego użytkownika albo na jakimś pliku mp3 zachowanym nie wiadomo dlaczego na dysku na drugim końcu świata. Nieznani, niemi, niepokojący, ale inaczej niż niepokojące dusze lub upiory Mickiewicza, które tylko krzyż był w stanie (choć też nie zawsze) przegnać – całkowicie poddani władzy tych, którzy te nasze cząstki będą niwelować jednym kliknięciem funkcji „usuń” albo przez wyrzucenie na śmieci niedziałającego dysku. Dlatego jestem sceptyczny wobec tych wszystkich koncepcji, które w potencjalnym połączeniu naszej świadomości i sieci widzą niemal religijną szansę na wytęsknioną wieczność. Przecież zawsze ktoś może wyłączyć wtyczkę.

(…)

Fragment eseju opublikowanego na łamach dwutygodnika kulturalnego „artPapier” (nr 1 grudnia 23 [383] / 2019).

Przeciwko historii literatury. Ale koniecznie z klasykami

A gdyby tak pomysłów na nauczanie literatury w szkole poszukać nie w teoriach metodycznych czy filozofii, ale w samej literaturze i to literaturze „klasyków”?

W ramach lekcji poświęconych Biblii interpretuję z uczniami dwa wiersze: Lektury Czesława Miłosza i Książkę Zbigniewa Herberta. Otwierające tekst Miłosza słowa „Zapytałeś mnie, jaka korzyść z Ewangelii czytanej po grecku” chciałbym przekształcić w taki sposób, by wyrażały podstawowy dylemat, przed którym stajemy jako nauczyciele literatury (a w moim przekonaniu nie ma innej edukacji polonistycznej niż taka, która nieustannie stawia sobie pytania). Tłumaczmy zatem: „Zapytałeś mnie” – czyli sam siebie zapytałem, społeczeństwo mnie zapytało, uczniowie mnie zapytali – „jaka korzyść z czytania” literatury dawnej, tekstów kanonicznych, klasyki. Pierwsza odpowiedź Miłosza, odwołująca się do religijnej wiary w słowo, nie przekonuje mnie z praktycznego punktu widzenia: „Odpowiem, że przystoi, / abyśmy prowadzili / Palcem wzdłuż liter trwalszych niż kute w kamieniu, / Jak też abyśmy, z wolna wymawiając głoski, / Poznawali prawdziwe dostojeństwo mowy”. Podobnie zresztą lekturę Biblii (w naszym kontekście: całej kultury dawnej) postrzega Herbert, pisząc „nie żałuj oczu świec inkaustu przepisuj starannie / werset za wersetem a kopiuj ściśle jakbyś odbijał w lustrze / słowa niezrozumiałe wyblakłe o trojakim znaczeniu”. Gdyby potraktować te deklaracje jako filozofię szkolnego czytania literatury, byłyby one odzwierciedleniem podejścia konserwatywnego, w którym zakłada się istnienie trwałego kanonu dzieł, a tym ostatnim należy się bezwzględny podziw będący warunkiem zaistnienia wspólnoty symbolicznej (czyli narodowej). Nauczyciel-polonista stałby się zaś namaszczonym przez tę wspólnotę i jej instytucje egzegetą kulturowych świętych tekstów. Rzecz w tym, że szkoła nie musi naśladować religii, nie takie jest jej zadanie.

Całe szczęście wiersze Miłosza i Herberta ciekawsze są od utopii regresywnej, w którą co jakiś czas każą nam wierzyć autorzy podstaw programowych, także autorzy podstawy obecnie wchodzącej do szkół ponadpodstawowych. Lektury Miłosza dzielą się wyraźnie na dwie części – po wstępnym wyznaniu wiary poeta tłumaczy, iż wartość czytania „Ewangelii po grecku” płynie z odkrycia, że dzięki słowom z przeszłości „nie dalszy niż wczoraj / Wyda się tamten czas, choć twarze cezarów / Inne dziś na monetach”. W odkryciu tym łatwo o naiwność i postępowanie metodą analogii: dziś jest dokładnie takie, jak wczoraj. U Miłosza obecne jest jednak znaczące odchylenie, na które wskazują słowa „Nawet obyczaje, / Uczty weselne, lęki, płacze po zmarłych / Różnią się tylko pozornie”. Ów „pozór”, określany przez Miłosza wartościującym słowem „tylko”, jest dla poety może tylko „ubocznym produktem” odkrywania podobieństw między wydarzeniami zachodzącymi w czasie naszego „eonu”, „pozór” ów z całą pewnością jednak istnieje. I – dopowiedzmy za poetę – bywa często mylony z właściwym podobieństwem epok.

Egzemplifikacją Miłoszowej strategii odczytywania podobieństw jest w Lekturach długi passus o daimonizomenoi. Miłosz brawurowo przechodzi od problemów z przekładem do odkrycia w Ewangeliach wspólnoty doświadczenia na głębszym poziomie – wybiera, jak pamiętamy, tłumaczenie greckiego oryginału jako „biesowatych”, a nie „opętanych”. Nie sądząc po pozorach, w „biesowatych” dostrzega artystów, pozbawionych w czasach Chrystusa takich możliwości autoekspresji, jakie posiadają współcześnie: „Drgawki, na ustach piana, zgrzytanie zębami / Nie uchodziły wtedy za znamię talentów. / Biesowaci nie mieli pism ani ekranów, / Rzadko tykając sztuki i literatury”. Stąd już tylko krok do moralizującej przestrogi – autor Ziemi Ulro wstąpienie nieczystych duchów w świnie odczytuje całkiem dosłownie, jako znak podwójnej natury artystów, wzniosłej, i jednocześnie skłonnej do haniebnych upadków. Zatem ostatecznie to nie analogia (typowa dziś chociażby dla memów kształtujących wyobraźnię społeczną) rządzi „czytaniem Ewangelii po grecku”, lecz przekład – głębszy, uwzględniający różnicę kontekstu kulturowego czy zamierzchłe imaginaria.

Oparte na prostych analogiach powtórzenia bywają złudne, wiemy o tym doskonale, zżymając się na wykwity dzisiejszej ludowej „myśli historycznej” (aż wstyd podawać przykłady…), bo zbyt szybko przechodzimy w nich do porządku dziennego nad fundamentalnymi różnicami czasów. Natomiast dokonując translacji, nie zapominamy o tym, co różni dwie epoki i w efekcie jesteśmy w stanie uchwycić naprawdę istotne podobieństwo. U Herberta takim uwierającym „pozorem” okazuje się tymczasem nadmierna pewność egzegety. Tekst tak głęboko zinterpretowany, tak kanoniczny, jak Księga Rodzaju, w omawianym wierszu jest dziełem, które nigdy nie pozwala się uchwycić w ramy jednoznacznego odczytania. Jego wielkość i znaczeniowa nieuchwytność czynią odbiorcę pokornym i zmuszają do ciągłego czytania od nowa. Nawet za cenę drwin ze strony „braci”, tych, którzy już wiedzą, jak interpretować trzeci wers VII rozdziału pierwszej księgi biblijnej.

Pora na „nauczycielskie” deklaracje. Wiersze Miłosza i Herberta zarysowują przed nami dwie strategie czytania tekstów kanonicznych – powtórzenie i przekład. Twórczą i otwartą na współczesność lekturę umożliwia w pełni przede wszystkim druga z metod, wymaga od nas bowiem już w punkcie wyjścia przekroczenia horyzontu najbardziej rozpowszechnionych interpretacji. A przy tym nie podważa poznawczej i kanonicznej ważności wielkich dzieł odziedziczonych z przeszłości. Jestem zdania, że nauczanie konserwatywnie rozumianej historii literatury w szkole nie ma większego sensu. Jeśli rozumiemy ją jako dziedzinę, w której poznawanie dzieł staje się wartością samą w sobie, i której głównym celem jest utrwalanie rzekomo niezmiennej narodowej tożsamości – to takie podejście prowadzić musi do pomylenia pozorów z istotą. Chciałbym jednak mocno podkreślić, że edukacja literacka w szkole z pominięciem klasyki wydaje mi się równie nierozsądna. Pomiędzy tymi dwoma sprzecznymi stwierdzeniami otwiera się szansa odkrycia literatury dawniejszej (dla uczniów to teksty sprzed zaledwie kilku dekad) jako znakomitego narzędzia pomagającego zrozumieć problemy teraźniejszego życia społecznego, duchowego i rodzinnego, niekoniecznie jedynie w duchu krytycznym i dekonstrukcyjnym. W ten sposób dopiero – poprzez uwspółcześnione, translacyjne czytanie dzieł, które kształtowały kiedyś polskie tożsamości – może powstać rzeczywista, ponadpokoleniowa wspólnota kulturowa. Sprawdziłem w praktyce: wiele utworów, które w naszym środowisku (nauczycielskim, naukowym, krytycznym) zbywamy pogardliwym wzruszeniem ramion i wartościującymi etykietkami („ech, cały czas martyrologia…”) ma moc odpowiadania na dylematy ludzi urodzonych w roku 2003, 2004 czy nawet 2005. Dlaczego jednak ma to być możliwe dzięki tekstom dawnym, a nie tylko dzięki kulturze współczesnej? Przede wszystkim dlatego, że diagnozy, które wyczytać możemy z tzw. klasyki, zaskakują swoją trafnością.

Stawka jest jednak dużo poważniejsza, niż tylko estetyczna jakość tekstu czy precyzja wysławiania dzisiejszych pytań. Bliska mi widmologia przestrzega przed zbyt szybką rezygnacją z namysłu nad śladami przeszłości. Przeszłość wszak nie znika. Jako jednostki zanurzone w świecie społecznym nie „składamy się” tylko z bieżących reakcji na otaczający nas świat, ale także, a może przede wszystkim – z pamięci. Uczniowie dokładnie tak samo. Literatura sprzed setek czy dziesiątków lat, jako miejsce uobecniania widm naszej pamięci zbiorowej (polskiej, europejskiej), zaskakująco często staje się naszą teraźniejszością, ze wszystkimi pozytywnymi i negatywnymi tego konsekwencjami. A czy nasi uczniowie kiedykolwiek będą mieli inną szansę „wczytania się w przeszłość”, inną niż lekcje polskiego? Wątpię…

Tekst jest fragmentem referatu, który wygłosiłem podczas Interdyscyplinarnej Konferencji Naukowej „Dydaktyka polonistyczna i jej nauki” 9 października 2019 w Szkole Filmowej im. Krzysztofa Kieślowskiego Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach.

Fot. własna – Arezzo.

Przekleństwa dymorfizmu

Kiedy w recenzji (nie tylko krytycznoliterackiej, ale może przede wszystkim w recenzji naukowej) pojawia się fraza „autor przywiązany jest do wypracowanej formy”, oznacza to mniej więcej tyle, że po raz kolejny dostajemy to samo dzieło, które jedynie dla zmyłki opakowane zostało w nową okładkę. Z prozą Michela Houellebecqa jest całe szczęście nieco inaczej. Owszem, formuła, w której autor Możliwości wyspy ogłasza swoje kolejne apokaliptyczne proroctwa, nie zmienia się od lat niemal w ogóle (stąd np. do dziś jedną z najlepszych wersji Houellebecqowskich jeremiad pozostaje dla mnie Mapa i terytorium, nieco odmienna od pozostałych powieści), ale jednocześnie we frustracyjnych monologach jego mizantropijnych bohaterów zawsze możemy odnaleźć jakiś nowy ton, nową diagnozę. Przykładowo w przedostatniej powieści Houellebecqa – Uległości z 2015, wyczytać mogliśmy śmiałą tezę, że islam w Europie wcale nie zagraża liberalnemu hedonizmowi i ma całkiem świetlaną przyszłość, pozwoli bowiem zamożnym mężczyznom w średnim wieku (a tacy stoją wciąż na czele społeczności europejskiej) złamać ostatnie seksualnie tabu, to związane z pedofilią, że zatem religia Proroka może być kolejnym krokiem w ewolucji dekadenckiego Zachodu.

Jaką nieprzyjemną prawdę Houellebecqa rzucił nam w twarz w najnowszej powieści – Serotoninie?

Może to zabrzmi jak oczywistość: na ponad trzystu stronach depresyjnej tyrady 46-letniego Florenta-Clauda Labrouste’a, pomimo licznych uwag dotyczących jednoznacznie złej sytuacji drobnych rolników, katastrofalnych postępów globalnej gospodarki oraz tysiąca spostrzeżeń o potrawach, architekturze i przestrzeni Paryża i Normandii, krążymy przede wszystkim wokół relacji między mężczyznami i kobietami. Ściślej między męskością i kobiecością, bo Labrouste, kolejny w tej prozie refleksyjny Europejczyk, analizując swoje trzy najważniejsze związki (z Yuzu, Claire i Camille), wyraźnie dąży do odkrycia w obszarze płci jakichś prawidłowości społecznych, psychologicznych, a nawet metafizycznych (choć czyni to nadzwyczaj bezradnie, jak bezradna bywa nasza współczesna wrażliwość wobec doświadczenia sacrum).

Oczywiście – trzeba to podkreślić – zderzenie na linii męskie-kobiece jest obecne w prozie Houellebecqa zawsze, nie bawmy się w eufemizmy: wszyscy jego bohaterowie są albo seksoholikami, albo seksualnymi frustratami (acz romantyzmem podszytymi), a kobiety są niezwykle wyuzdane, po czym szybko się starzeją. Tym razem jednak – jak mi się wydaje – to właśnie niezdolność poradzenia sobie z byciem mężczyzną nie tyle w seksie (jak chciałaby w swojej recenzji Kinga Dunin), ale po prostu w szerzej rozumianych relacjach z kobietami, wysuwa się na pierwszy plan.

Historia życia Labrousta jest między innymi opowieścią o braku komunikacji i bezradności współczesnych mężczyzn wobec kobiet. Labroust, dość zamożny, pracujący to w instytucjach europejskich, to w globalnej sieci rolniczej specjalista od agronomii, ukazany jest w Serotoninie jako człowiek całkowicie bierny albo po prostu słaby jak chłopiec w tych momentach, które w konserwatywnym społeczeństwie wymagałyby jego zdecydowanego działania. W gruncie rzeczy chodzi o sprawy banalne, takie jak deklaracja stabilności uczuciowej, wierność, obietnica wspólnego życia, szczerość (w kluczowych sytuacjach prowadzących do rozpadu jego związków właśnie tego zabrakło). Ale widzimy Labrousta również, gdy zawodzi w momentach poważnych, np. gdy odkrywa pedofilskie praktyki swojego sąsiada w odludnej Normandii i pozwala mu zwyczajnie uciec.

Zaraz, zaraz? Byłby Houellebecq piewcą staromodnego mężczyzny zapewniającego godny byt rodzinie, opiekuńczego, odważnego, szarmanckiego? No nie, nie bądźmy naiwni. Dostrzegałbym w Serotoninie nie tyle płaczliwe westchnięcie za utraconym w Europie modelem męskości, co raczej sarkastyczny portret kogoś, kto dzisiaj próbuje być mężczyzną w dawnym stylu, ale wychodzi mu to w bardzo pokraczny sposób. Labroust nie jest może jeszcze incelem, ubocznym (ale czy ubocznym?) produktem alt-rightu, jest na to po prostu za stary i, co by nie mówić, miał do pewnego momentu bardzo bogate życie seksualne. Jednakże rozpad trzech związków i chemiczna „kastracja” (bo terapia lekami SSRI, która użyczyła tytułu powieści, niemal całkowicie pozbawia go pożądania) czynią z Labrousta starszego kuzyna tych dużych chłopców, którzy pod pozorem powrotu do starego świata pragną jedynie zaspokojenia swojego ego.

Bohater to chyba ktoś nieco odmienny od incela – kobiety wini nie tyle za to, że żadna nie chce z nim sypiać, ale za to, że nikt już nie będzie go kochać. W jego biografii dostrzeżemy próbę przywrócenia sensu mocnym, męskim mitom, które mają chyba wypełnić pustkę po utraconym uczuciu: męska przyjaźń z kumplem ze studiów (wiadomo, kumple lepsi niż zdradzające nas kobiety), broń (co to za facet, co nie jest wojownikiem), podróż w nieznane (mężczyznę zawsze gdzieś gna, nie można skazać go na mieszczańskie pielesze), walka (tym razem: rolników z francuskiej prowincji przeciwko rządowi centralnemu), rycerstwo (kumpel bohatera jest przedstawicielem tysiącletniego szlacheckiego rodu), alkohol (w dużych ilościach), papierosy (na tym tle Labroust jest szczególnie dyskryminowany, we współczesnej Europie już niemal nigdzie nie można palić). Tyle że Houellebecq wszystkie te próby wyśmiewa, każdy z tych „męskich” scenariuszy jest realizowany przez bohatera pokracznie. Labroust ucieka przed społeczeństwem i odpowiedzialnością, kluczy, chowa się, boi, maskując tę ucieczkę przed sobą agresywnymi tyradami przeciwko światu, krok po kroku pogrąża się w coraz głębszej depresji. W swoim mizantropijnym szaleństwie dochodzi na skraj zbrodni – ale i tu brakuje mu sił. No i przede wszystkim – cały czas zażywa captorix.

A który prawdziwy mężczyzna walczy ze swoimi demonami na pomocą tabletki?

Na czym polega klęska Labrousta? Wiadomo, incelom nie zależy dziś na (klasycznie konserwatywnych) rodzinie, odpowiedzialności, pracy, wartościach silnych w kulturze mieszczańskiej. Mówią: feminizm zniszczył mężczyzn, co oznacza: kobiety mają za wysokie wymagania i nie wystarcza już im, że po prostu jesteśmy facetami, by iść z nami do łóżka. A drogą odzyskania męskości ma być po prostu nieskrępowany ograniczeniami seks. Bohater Houellebecqa z powodu obniżających libido leków seksu uprawiać jednak nie chce. W pozostałych mitach się nie sprawdza. Z depresji nie ma wyjścia, nawet z pomocą leków najnowszej generacji, one po prostu pomagają wegetować aż do śmierci (tak twierdzi Houellebecq, nie ja). Problem chyba w tym, że chce utwierdzenia swojej męskości, podczas gdy – bycia męskim nikt już od niego nie oczekuje.

Za jeden z dziwniejszych mitów płciowych, z którymi zetknąłem się w życiu, uważam przekonanie o istnieniu „tajemnicy kobiety”. Od kiedy pamiętam, dobrze dogadywałem się z kobietami (proszę jednak nie myśleć o mnie jak o bohaterach Houellebecqa – ja naprawdę jestem konserwatywnym grzecznym chłopcem) i nie zaprzątałem sobie głowy wygłaszanymi tu i tam tezami o „zagadkowej duszy kobiety” czy o fundamentalnym, obiektywnym konflikcie między płciami. Od dawna jestem też przekonany, że ktoś, kto z góry zakłada, że mężczyzna i kobieta stanowią „dwa osobne światy”, małe ma szanse na zbudowanie trwałego związku. Serotonina przynosi żartobliwe wejrzenie w lustrzane odbicie „geniuszu kobiety” – sprawdzamy w powieści, czym jest „tajemnica męskiej duszy”. Houellebecq mówi sarkastycznie: męska dusza to trochę hormonów, trochę neuroprzekaźników. Raczej przewidywalne reakcje na konkretne substancje chemiczne. Do tego garść naiwnych wzorców kulturowych.

Captorix działa w Serotoninie niczym „kapsułka prawdy”, nie tyle „kastruje”, co pewnie dostrzegliby w powieści zwolennicy antypsychiatrii (dlatego pojęcie opatruję cudzysłowem), ale ujawnia duchową pustkę, jaka kryje się za hedonizmem. No a skoro tak, to przed Europą nie rysuje się dobra przyszłość. Jeśli rozkład więzi społecznych rozgrywa się przede wszystkim w relacjach kobiet i mężczyzn, a mężczyźni okazują się pełnymi zahamowań chłopcami, niezdolnymi do zbudowania związków uczuciowych, którzy w dodatku utwierdzają w banalny sposób różnice płci albo ich popęd ograniczony jest przez SSRI, to katastrofa jest blisko.

Taki ten Houellebecq konserwatywny? Może tak, może nie, ale raczej nie w alt-rightowym stylu.

PS. Dobra, na koniec zajrzyjcie proszę do najlepszego tekstu o prozie Houellebecqa, jaki ostatnio czytałem – napisanego przez Krystiana Wojcieszuka. To, co pisałem wyżej, to chyba tylko przypis do tego, co wcześniej napisał Krystian.

Michel Houellebecq: Serotonina. Przeł. Beata Geppert. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2019.

MIM, czyli prawdziwy koniec królestwa inteligencji

Na ostatniej stronie spisu przeczytanych książek, prowadzonego przez mnie obsesyjnie od siódmego roku życia, notuję tytuły dzieł, których nie udało mi się dokończyć. W ciągu kilku ostatnich lat zapisałem tam zaledwie kilka pozycji – przyznaję: raczej nie przerywam czytania, nawet jeśli dzieło irytuje mnie jakością artystycznej roboty; rzadko też (chociażby z powodu największego zła, jakie człowiek znosi pod słońcem, czyli pracy) zaczynam książki bez pewności, że poświęcony im czas nie będzie intelektualnie stracony (i dlatego unikam prozy rozrywkowej, o czym pewnie kiedyś jeszcze…). No więc po kilkudziesięciu stronach MIMa Szymona Słomczyńskiego byłem pewien, że w „spisie lektur niedokończonych” pojawi się piąty czy szósty tytuł. Całe szczęście moja flegmatyczna czytelnicza wytrwałość sprawiła, że ostatecznie prozatorski debiut autora Latakii kończyłem mocno zaintrygowany. Trochę paradoksalnie, bo powieść wydaje się na pierwszy rzut oka niedobrze skrojona, obciążona jest zbyt wieloma wątkami i fabularnie nie jest do końca zwarta (będąc jednocześnie powieścią realistyczną i dość tradycyjną, co jednoznacznie czyni z owej niespójności wadę). Wiele scen MIMa sprawia ponadto wrażenie, jakby Słomczyński nie potrafił zdecydować, czy bardziej zależy mu na realistycznym, czy na parabolicznym sposobie prezentacji współczesnej Polski.

Niedoskonałości te są jednak wybaczalne i to nie ze względu na debiutancki charakter MIMa, ale przede wszystkim z uwagi na to, że Słomczyński postawił sobie bardzo wysoko literacką poprzeczkę. MIM to przecież klasyczna, społeczna, realistyczna powieść, taka, o jaką od kilku dekad rytualnie błagają krytycy i krytyczki – z panoramą społeczną, elementami sagi rodzinnej, wątkiem politycznym i ekonomicznym, językowo bardzo przejrzysta. Przyznaję, robi to na mnie duże wrażenie, napisanie takiej powieści w roku 2019 wydaje się zadaniem dość karkołomnym, o czym MIM jako tekst dobitnie zaświadcza w swoich usterkach. Słomczyńskiemu należy się jednak uznanie za podjęcie zadania niemal niemożliwego do wykonania, a przecież w tym wypadku zakończonego powstaniem całkiem udanej opowieści (pod warunkiem, że przebrniemy przez pierwsze, mocno schematyczne sceny, takie jak „sceniczne” przedstawienie rodziny podczas otwierającego powieść pogrzebu).

Dlaczego tak trudno napisać dziś dobrą, realistyczną powieść o współczesnej Polsce? Czy nie dlatego, że – tak jak w opowieści snutej przez narratora MIMa, Damiana Olśniewskiego – trzeba pokazać nieprzejrzystą rzeczywistość z wielu stron i na wiele sposobów jednocześnie, bez pewności, że sens przedstawionych wydarzeń zostanie zrozumiany przez ich uczestników i w końcu także czytelników? A przecież do tych trudności można dodać kolejne: konia z rzędem temu, kto byłby w stanie w spójny sposób opowiedzieć, jaki jest dziś świat. W fabularnym natłoku MIMa znajdziemy i historię inicjacyjną (opis dojrzewania głównego bohatera, obsesyjna miłość do zmarłej koleżanki czy hedonistyczna impreza osiemnastkowa), i skomplikowane relacje rodzinne (krewni Damiana żyją w Szczecinie i Krakowie, reprezentują niemal wszystkie klasy społeczne i postawy światopoglądowe, a przede wszystkim – są ze sobą skonfliktowani z dość niejasnych przeczyn), i próbę nienachalnej diagnozy politycznej (jak to się stało, że polskie społeczeństwo zagłosowało na prawicę), i rozliczenie z historią (cień PRL-u jest ciągle widoczny w losach bohaterów), w końcu nawet krytyczną analizę świata mediów i ekonomii (nie, nie korporacji, ale… drobnej przedsiębiorczości!). Jednocześnie czytelne są w powieści Słomczyńskiego silne wzorce literackie czy koincydencje, by wymienić tylko interesujący obraz „nowej” rodziny złożonej z wuja narratora – Marka, skromnego właściciela warsztatu samochodowego, Ireny – ukraińskiej imigrantki, oraz jej syna, który przywodzi na myśl Hanemanna Stefana Chwina, zaś kluczowy tu chyba, choć dla mniez znów dość niejasny motyw kazirodczy – wydaną rok temu powieść Sonnenberg Krzysztofa Vargi.

Można zatem czytać MIMa na bardzo wiele sposobów i naprawdę warto to robić, tym jednak, co wydaje mi się w tej powieści szczególnie ciekawe i zaskakujące, jest powrót do problemów prozy tzw. „rozrachunków inteligenckich” sprzed kilkudziesięciu lat – nie bez powodu tak ważny jest w tej opowieści kontekst krakowski. Wchodzenie Damiana w dorosłość, jego zmagania z historią rodzinną (tragiczny wypadek ojca), wybory życiowe (nie zdecydował się na studia, choć wywodzi się z rodziny profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego), zawodowe (branża IT), miłosne (brak stabilności w związkach, romans z żoną wspólnika), polityczne (praca dla aroganckich, nieetycznych właścicieli serwisu internetowego „MIM”) są kolejnymi etapami zrywania z inteligencką tradycją domu. A ta ostatnia przedstawia się jednak dość osobliwie, jak na czas akcji powieści (czyli rok 2015). Przodkowie Damiana od niemal dwustu lat byli naukowcami Jagiellonki, osiemnastka w domu rodzinnym bohatera rozgrywa się „na tle okna, książek, serwantki, pianina, Chwistka Kossaków i Wyspiańskiego, na tle portretu dziadka, dziekana i majora, na tle portretu pradziadka rektora” (s. 98-99). Zrozpaczona wyborami Damiana matka opisuje świat w liście do drugiego męża (także „akademika”):

Kiedy sobie przypomnę, jak my ciężko pracowaliśmy, Heniu, na studiach i później, właściwie przez całe życie, to mnie mdli na myśl o tym, ile mój syn się obijał w życiu i jaki ma wąski horyzont poznawczy. Po co ja sobie przez lata odmawiałam wszystkiego, żeby go zabrać choć na tydzień do Aten, do Madrytu, do Rzymu, do Paryża, po co z nim obchodziłam wszystkie muzea, galerie, po co sama mu czytałam w dzieciństwie, aż do zdarcia gardła, a później podsuwałam lektury, po co płaciłam za dodatkowy angielski przez tyle lat, po co starałam się mu pokazywać, że samodzielne myślenie, oparte na czytaniu, słuchaniu i oglądaniu, jest jedyną drogą do osobistej niepodległości? (s. 297).

Moja zasadnicza wątpliwość dotyczy tego, czy świat takiej inteligencji, którą ośmiesza Słomczyński, jeszcze istnieje, czy nie jest to raczej pewien społeczny mit, budowany na sentymencie za XIX wiekiem, międzywojniem i latami 60. i 70. XX wieku – być może jednymi z najciekawszych w historii polskiej kultury. Krótko mówiąc, intryguje mnie, czy Damian – walczący z matką oprowadzającą go po muzeach i uprawiający seks pod okiem Kossaków i Wyspiańskich, uśmierca rzeczywiście jakiś żywy jeszcze model klasowy, czy też – walczy z demonami, które nie istnieją (to ostatnie tłumaczyłoby może jego porażki życiowe). Nie do końca jestem w stanie rozgryźć, czy Słomczyńskiemu, gdy parodiuje język i wizję świata krakowskiej profesorki, chodzi o ośmieszenie grupy społecznej, czy raczej wyobrażeń, jakie ma Damian na temat swojej rodziny. Być może nie potrafię uchwycić tej cienkiej granicy, bo moje śląskie, robotniczo-drobnomieszczańskie pochodzenie sprawia, że opisywane przez Słomczyńskiego środowisko jest dla mnie równie egzotyczne, co krąg mieszkańców wsi z prozy powojennego „nurtu chłopskiego”.

Aktualność tradycji inteligenckiej jest tematem, jak mi się wydaje, naprawdę wartym dyskusji. Za buntem bohatera kryje się chyba nie tylko niechęć do staromodnej, kołtuńskiej formacji społecznej (nie bez powodu jedynym etycznie pozytywnym bohaterem jest wspomniany już wuj Damiana – właściciel warsztatu i mąż Ukrainki Ireny), ale być może zmaganie z jedną z najpoważniejszych strat duchowych, jakiej doświadczamy obecnie w Polsce. Jest nią upadek wartości edukacji. Być może nie warto było tworzyć tak czytelnej opozycji (staroświecka matka – rezygnujący ze studiowania Damian), wydaje mi się ona w powieści mało przekonująca, ale prawdą jest jednak, że żyjemy w czasach ogromnej frustracji związanej z dewaluacją kształcenia. Należę do pokolenia boomu edukacyjnego przełomu lat 90. i XXI wieku, pokolenia, któremu rodzice ukazywali edukację jako niemal cel sam w sobie. Który jednak nijak nie przełożył się na sytuację życiową wielu z nas. Słomczyński (rocznik 1988) i bohater powieści (rocznik 1987) należą do kolejnej generacji. Jeśli Damian jest parabolicznym reprezentantem pokolenia, to w jego odmowie kontynuacji tradycji inteligenckiej kryje się być może ważna diagnoza – w edukację, wartość tradycji kulturowej, wysoki język nikt już nie wierzy. Bo po co, skoro oznaczałoby to powrót do ideowego i językowego skansenu i nie dawałoby narzędzi do sensownego funkcjonowania w dzisiejszym świecie (w końcu wychowany w „krakoskim” domu Damian okazuje się bezradny wobec dzisiejszego świata)?

Słomczyński nie jest jednak chyba cynicznym prorokiem złej nowiny na miarę Michela Houellebecqa. Jasne, krakowska rodzina Damiana jest komiczna w swoim tradycjonalizmie , a motyw kazirodztwa być może wskazuje alegorycznie na jakąś niewypowiedzianą, etyczną skazę inteligencji (hipokryzję albo uzurpację wysokiej rangi). Ale to, co Słomczyński mówi o świecie „Damianów”, również nie napawa optymizmem – to rzeczywistość krętactw, bezwzględnej walki medialnej, ludzi bezideowych (oszustów – tytułowych mimów, reprezentowanych przez mefistofelicznego wuja Daniela). W tej diagnozie MIM zbliża się do kolejnego „wielkiego patrona” literackiego, czyli Przedwiośnia Stefana Żeromskiego, nadal aktualnej powieści o bezideowej młodzieży i populizmie.

Ostatnia kwestia dotyczyć będzie sposobu wydania powieści. Powiem wprost: powieść Słomczyńskiego jest zbyt dobra, by prezentować ją w tak nieestetycznej okładce. Jeśli ktoś będzie organizował plebiscyt na najbardziej nieudaną okładkę książki roku 2019 – zgłaszam jednoznacznie MIMa.

Szymon Słomczyński: MIM. Wydawnictwo Literackie. Kraków 2019.

Jak być snobem (będąc Ślązakiem)

Jak nie zostałem poetą Szczepana Twardocha miało wszelkie szanse, by stać się książkowym potworkiem, pretensjonalnym wypełniaczem corocznego planu wydawniczego prozaika, lepem wyciągającym 38 złotych z kieszeni czytelnika głodnego nowości. Wyobrażam też sobie recenzje, w których ten zbiór felietonów traktowany jest jako spełnienie koszmarów w zasadzie każdej światopoglądowej frakcji publiczności literackiej. Więcej, sam wyciągnąłem książkę z regału bez przekonania, łamiąc swój bojkot nieliterackich publikacji Twardocha (tych wszystkich „poradników prawdziwego mężczyzny” czy „rozmów bokserów”…). Coś jednak poszło nie tak i autor skroił przewrotną, bezpretensjonalną, zajmującą i zaskakująco złożoną (jak na 170 stron) opowieść o dziwnym losie pisarza.

Zacznijmy pomimo to od owych „koszmarów”.

Najpierw pomyślałem o koszmarze intelektualistów: Jak nie zostałem poetą złożone zostało z trzydziestu sześciu felietonów publikowanych (z jednym wyjątkiem) w latach 2015-2019 na łamach miesięcznika „Pani” (!). Potem o koszmarze feministek i pacyfistów: Twardoch po raz kolejny obnosi się w książce ze swoją miłością do maczystowskich rozrywek, takich jak sztuki walki, samochody o mocy ponad 500 koni mechanicznych, a nawet – o zgrozo – z namaszczeniem opowiada o swojej kolekcji broni i zamiłowaniu do strzelectwa. Koszmar socjalistów: autor niezmiennie prezentuje się światu jako dandys, który zna się na każdym detalu wizerunku staroświeckiego gentlemana, zupełnie lekceważąc tzw. palące kwestie współczesności. To tu, to tam zaznacza pełen wyższości stosunek do tłumu (np. we fragmencie poświęconym masowej turystyce), choć – to z kolei koszmar anty-PiSowej opozycji – odżegnuje się od pogardy dla beneficjentów programu „500+”. Nie zapomnijmy o koszmarze polski patriotów i dawnych znajomych ze skrzydła reakcji: gdy – no tak, to nieuchronne – Twardoch sięga do przeszłości swojej śląskiej rodziny, nie waha się napisać o walce „w wojnie domowej, którą w Polsce nazywa się powstaniami śląskimi” (s. 83). Dalej koszmar konserwatystów: autor stwierdza, że kobiety niczym nie różnią się od mężczyzn. Koszmar katolików: opowieść o śląskiej wigilijnej zupie – konopiotce, zamiast w tradycji chrześcijańskiej osadzona zostaje w kontekście pogańskim. Koszmar rasistów: Twardoch dowodzi, że genetyczne pochodzenie człowieka nie ma żadnego kulturowego znaczenia. Koszmar obyczajowych progresistów: nieustannie deklaruje tradycyjną miłość do synów i stale podkreśla troskę o nich. Koszmar fana twórczości Twardocha: dowiadujemy się, że autor Morfiny pisze książki dla pieniędzy, że w zasadzie nie rozumie, dlaczego ktoś przychodzi na spotkania autorskie, a zarobione na książkach pieniądze wydaje na luksusowe gadżety. Na koniec zostawiam koszmar krytyka: gdy autor ośmiesza nas (mnie) w krótkiej tyradzie przeciw naszemu (mojemu) zajęciu (jesteśmy potrzebni społeczeństwu w tym samym stopniu, jak potrzebni są entomolodzy, czyli niepotrzebni).

Trudno jednak traktować Jak nie zostałem poetą poważnie, zbyt dużo znajdujemy w zbiorze autoironii i demaskacji. Zabiegi te dotyczą przede wszystkim roli „wielkiego, ważnego pisarza”, za którego moglibyśmy wziąć Twardocha, tymczasem autor cały czas puszcza do nas oko, mówiąc „e, to tylko taka poza, zobaczcie, że naprawdę jestem jednak hochsztaplerem”. Pierwszą z tych demaskacji jest tytuł – do cna wyeksploatowany przez awanturniczo-wspomnieniową książkę Andrzeja Stasiuka Jak zostałem pisarzem (próba autobiografii intelektualnej) z 1998 roku i żartobliwie do niej nawiązującą Jak nie zostałem menelem (próba autobiografii antyintelektualnej) Jarosława Klejnockiego (2002). Swoją drogą, felieton tytułowy przybliża zabawną historię poetyckiego coming outu Twardocha w gliwickim klubie poetyckim w głębokich latach 90.. W opowieści tej prozaik wymienia z nazwiska tylko jednego, obdarzanego sympatią twórcę – Ryszarda Chłopka (zaznaczając, że nie wie, czy Chłopek jeszcze para się poezją). Okazuje się (zaskakująco? Chyba jednak nie), że wielki pisarz zaczynał jako zakompleksiony licealista piszący szeleszczące papierem wierszydła, a jeszcze wcześniej był szkolną ofiarą. Że samochód o mocy pięciuset koni służy wielkiemu pisarzowi głównie do odwożenia synów do szkoły. Że i tak najistotniejsze w doświadczeniu wielkiego pisarza jest wpisywanie własnej biografii w ciąg powtarzalnych historii rodzinnych (narodzin – ślubów – śmierci). Że żaden z niego intelektualista, skoro niemal wszyscy przodkowie wielkiego pisarza byli śląskimi chłopami i robotnikami i nie ma ich w spisie uczestników Sejmu Wielkiego (których przodkowie z kolei tworzą dziś polskie elity). Że jako bokser-amator wielki pisarz głównie zbiera cięgi od innych zawodników. Że w końcu estetyczny waleń na okładce zbioru to nie nawiązanie do Moby Dicka, lecz do odpowiedzi na pytanie z Kwestionariusza „Kim lub czym chciałbym być, gdybym nie był tym, kim jestem?”. Twardoch odpowiada zwięźle: „Chciałbym być kaszalotem” (s. 135).

Kaszalotem?

Demaskują pisarza jednak przede wszystkim widma przodków. To najciekawszy i najbardziej szczery wymiar omawianej książki – śląskość. Twardoch próbuje być snobem, gentlemanem, wielkim pisarzem, ale co kilka tekstów na powierzchnię pamięci wypływają pradziadkowie, dziadkowie, babcie, ojciec, których wizja świata i trudne życiowe doświadczenia „oskarżają” potomka-dandysa-prozaika. Dziadek autora jego debiutancką książkę wrzuca do pieca. Wychowana w „kulturze niedostatku” babcia przychodzi Twardochowi na myśl, gdy wydaje majątek na kolejną kosztowną „zabawkę”. Od przodków dziedziczy autor również nieufność wobec państwa jako instytucji (przednia historia o PRL-owskim Złotym Krzyżu Zasługi dla dziadka Jorga Dragi) i fanatyzm pracy. Istotną rolę odgrywa w Jak nie zostałem poetą podkreślane co krok plebejskie pochodzenie. Krótko mówiąc: może Twardoch nosić najlepsze artykuły, pić wino w Toskanii, synów do pracy odwozić mercedesem, być znanym i dobrze zarabiającym prozaikiem oklaskiwanym przez niemieckich czytelników, ale ostatecznie – sam to przyznaje – jest po prostu kolejnym Ślązakiem żyjącym na granicy Lasów Raciborskich. Kolejnym z linii Twardochów i Dragów.

Ta autodiagnoza jest już nie tylko zabawna, ale także wzruszająca. Rzeczywiście w śląskim charakterze (jeżeli coś takiego w ogóle istnieje), poza emocjonalnym chłodem, szorstkością i dosadnością, tkwi też (bliska mi) silna odraza dla fałszu, pozerstwa i nowobogactwa. Jak zatem być snobem, będąc Ślązakiem? Twardoch ma rację: nie da się! Całe szczęście zatem, że mamy śląskie omy i śląskich starzików. Rola tych ostatnich jest, by tak powiedzieć, fundamentalna w doświadczaniu własnego losu. Dzięki nim i ich karzącemu spojrzeniu możemy – będąc śląskimi intelektualistami, krytykami, pisarzami, naukowcami, artystami, snobami, bogaczami itp. – cały czas odczuwać dziwność życia, dziwność ról, w jakie wtłoczyło nas życie, a w końcu dziwność istnienia w ogóle.

Nieco wbrew sobie doszedłem do bardzo poważnego odczytania książki, a byłbym zapomniał, że chciałem zrobić jeszcze przypis do „poetyckiej” anegdoty Twardocha: Rysiek Chłopek nadal pisze wiersze. I znów nosi długie włosy. I nadal jest bardzo fajnym gościem.

A z krytykami nie jest chyba aż tak źle, prawda? Jeden z idoli autora – Ernst Jünger, także był entomologiem.

Szczepan Twardoch: „Jak nie zostałem poetą”. Wydawnictwo Literackie. Kraków 2019.